Ardra.pl

Polska narracja, Polska jako przerwana ciągłość.


01.09.2021

Kształt dzisiejszej Polski oraz mentalność ludzi tworzących całość narodową, są pewnym produktem finalnym dziejowego kotła. Polska uzyskawszy niepodległość w roku 1918, była krajem formującym się, krajem pełnym entuzjazmu i potencjału – ogromnego rozwojowego potencjału, przede wszystkim intelektualnego – ciągłość została nagle zerwana w roku 1939; aby w 1945, faktycznie wraz z końcem 1944 – Polska stała się marionetką, nie-polską, radzieckim sztucznym tworem – ulepem, z marionetkowym rządem stalinowskim. Elity polskie przestały istnieć, pozostały na obczyźnie lub resztek, który pozostał w kraju podczas komunistycznej okupacji – został zmarginalizowany. W latach 1944-1954 – w dekadę zlikwidowano ostatnich ludzi, jawnie domagających się niepodległości i wolności. Wcześniej Polska międzywojnia była ogromnym potencjałem wiedzy i kultury – z wysokim walorem ludzkim. Podczas II wojny Sowieci i Niemcy wyeliminowali polskie elity (milionowe zsyłki na Sybir, masowe morderstwa, obozy, Akcje AB, katownie, pacyfikacje) po czym Stalin jako „Polski Rząd” ustawił swoich agentów, którzy z Polską mieli tyle wspólnego co niedźwiedź polarny z Afryką. Oficjalny Rząd pozostał na uchodźstwie. Sowieccy namiestnicy byli osobowościami patologicznymi, w większości przypadków degeneratami, cynicznymi okupantami. Pół wieku zostało stracone. Zerwana ciągłość roku 1939, pół wieku degeneracji, po 1989 roku totalny barłóg ekonomiczny, korupcja oraz inwazja zagranicznego kapitału - spowodowały nieodwracalne szkody.

Zacznijmy jednak od początku; początki narodu polskiego do dziś są niejasne i zagadkowe, jest parę faktów i są hipotezy. Faktyczny naród Polski rozpoczął się wraz z Bolesławem Chrobrym i jego drużyną rycerską; z historycznego punktu widzenia - jest Bolesław Chrobry i jest koronacja w roku 1025. Wykrystalizowanego faktycznego narodu jeszcze nie było widać, z kolei w przekazie, w źródłach, naród już jest. Prawdą jest jednak, że drużyna rycerska nie odniosłaby żadnych zwycięstw, gdyby w kraju nie rozumiano jej celów politycznych, gdyby nie miała żadnego zaplecza. Więc jest Bolesław, i jest własnoręczna koronacja na władcę Polski. Z perspektywy metapolitycznej Polskę Piastowską trzeba traktować jako rdzeń/trzon, miejsce w czasie, kiedy to Polacy wyłonili się z otchłani dziejowej i zajęli miejsce w zbiorowej pamięci (będącej początkiem utrwalonej ciągłości) - ostałej do dnia dzisiejszego. Trzonem była Małopolska, Ziemia sandomierska, Wielkopolska i Mazowsze, zahaczając o Śląsk i Pomorze. Były to czasy, gdy w Europie władali feudałowie; królowie i książęta za pomocą drużyn wojów rywalizowali ze sobą, ustalając granice i strefy wpływów. Pierwszymi, którzy pisali o Polsce, dzięki którym wiemy o początkach państwa, byli Gall Anonim; oraz ten większy, istotniejszy - Wincenty Kadłubek, biskup krakowski, ojciec historiografii polskiej, przesiąknięty kulturą antyczną; za wielkiego kontynuatora Kadłubka, można uznać Jana Długosza. W wiekach następnych, Polska Jagiellonów zaczęła się rozciągać na Wschód w sposób dość naturalny; tak jakby z trzonu/rdzenia rozumianego jako Mazowsze/Małopolska/Ziemia sandomierska/Wielkopolska - rozciągnęły się korzenie rozwidlające mocno na Wschód. Patrząc metapolitycznie, rodzaj pewnej naturalnej ekspansji w narodzie/energii - jak pnącza; na Zachodzie, nie było miejsca na naturalną ekspansję. Rzeczpospolita była ekspansją pewnego rodzaju wolności, zaproszenia innych ludów Wschodu do współuczestnictwa w wolności. Stanisław ze Skarbimierza na przełomie XIV/XV wieku wykuł określenie bonum comune (O powinności poszanowania wspólnego dobra) – każdy z obywateli będący częścią wspólnoty musi zabiegać o wspólne dobro. Władca jako zarządca państwa bez poddanych nie może nic zrobić; nie może nic zrobić bez zgody ludu; bo państwo nie jest pojęciem odgórnym – państwa/wspólnoty tworzą obywatele/ludzie. Myśl polityczna I RP to swoista dyktatura obywateli. Rzeczpospolita była zaproszeniem do współuczestnictwa w wolności, w prawach, w obyczajach. Rzeczpospolita nie była w istocie Polską, była rzeczą-wspólną, do której we współuczestnictwie zapraszali Polacy, inne słowiańskie ludy Wschodu, aby wspólnie dbać o wspólne dobro. Naród w tej koncepcji to synonim obywatelstwa, a nie nacji.

Kulminacyjnym momentem wspólnej obrony Rzeczpospolitej był rok 1621 i odparcie inwazji Imperium Osmańskiego; kiedy to połączone wojska polsko-litewsko-kozackie pod dowództwem jednej ze znamienitszych postaci w historii Polski, wielkiego obrońcy Rzeczpospolitej, hetmana Jana Karola Chodkiewicza (przy wsparciu hetmana kozackiego Piotra Konaszewicza-Sahajdacznego), zatrzymały prawie 150 tysięczną armię sułtana Osmana II, i przyczyniły się do obrony własnych ziem; gdyby zawiedli, wojsko turecki okupowało-by Rzeczpospolitą. Sto lat wcześniej, od czasu zwycięstwa pod Mohaczem w 1526, Imperium Osmańskie podzieliło Węgry i opanowało prawie całe Bałkany, aż po granice I RP - poczynało sobie coraz śmielej. 1621 był ostatnim tak wielki wspólnym zrywem do obrony Rzeczy-pospolitej (Dla porównania - w 1939 Litwini, Białorusini i Ukraińcy stanęli po stronie III Rzeszy w czasie inwazji na Polskę, natomiast Żydzi na całych polskich Kresach okazali się komunistyczną V kolumną. W obronie II RP stanęli tylko Polacy.). Idea Jagiellońska - Polska Jagiellońska była silnym państwem tylko przez około 250 lat. Następnie po nawałnicy dziejowej, latach zaborów, i wreszcie wraz z nadejściem II RP w 1918 roku - do owej polskiej idei decentralizacyjnej nawiązała przedwojenna myśl narodowa; Narodowa koncepcja Polski – to nie jest koncepcja dyktatury wodza i elity rządzącej nad narodem. To koncepcja dyktatury narodu. To rozbudzanie poczucia dumy narodowej w najszerszych warstwach, to naród równości społecznej i hierarchii obowiązków, to ekspansja idei polskiej na zewnątrz, po szlakach jagiellońskich – jak pisał Stanisław Piasecki (chodzi tu o ekspansje idei wolności, współistnienia w wolności). Myśl polityczna reprezentowana przez przedwojenne frakcje narodowe, była w prostej linii kontynuacją - Polskiej Idei Państwowej, do czego jeszcze wrócimy. Pod względem religijnym, myśl polityczna-narodowa II RP, przyjęła drogę kontrreformacyjną - religijnie stawiając na ujednolicony katolicyzm, co było dobre - ale na lata 30’ XX w (obecnie podlega zmianie, transformacji) – stało to wtedy w mocnej opozycji do ateistycznego wojującego komunizmu, i nowej wodzowskiej, obłędnej religii III Rzeszy, pragnącej opanować świat.

W czasach I RP, Stanisław Orzechowski był historykiem i pisarzem politycznym, który uwypuklił znaczenie szlachty w XVI wieku - szlachta stała się podmiotem (liczyła 8 do 10% społeczeństwa). W tamtych czasach tożsamość religijna była często ważniejsza od tożsamości narodowej. Władza rozumiana była jako posługa. Szlachta nie chciała, aby sprawy religijne dzieliły katolików, luteran i prawosławnych – mogłoby to zachwiać dbaniem o Rzeczpospolitą. Powstawały koncepcje nawołujące do tolerancji religijnej; czego echa odnajdziemy np. w konfederacji warszawskiej z 1573 roku – Polacy byli w tym prekursorami. Orzechowski twierdził - za Pawłem Włodkowicem (za Rajmundem z Penyafortu) - że dobrą wojną jest tylko wojna obronna.

Orzechowski jako pierwszy chciał zreformować kościół polski – znieść celibat, co się nie udało; co prawda działał przede wszystkim na korzyść swoją własną, ponieważ będąc duchownym chciał zapewnić ciągłość swojego rodu, jednak gdyby mu się udało – być może, miałoby to pozytywne skutki na przyszłość. Mniej więcej w tym samym czasie, swoje dzieło O poprawie Rzeczpospolitej napisał Andrzej Frycz Modrzewski – postulując o wprowadzenie szeregu reform w państwie m.in. odłączenie się kościoła polskiego od papiestwa i zreformowanie go – szybko trafił do indeksu ksiąg zakazanych. Była to jednak myśl opozycyjna do Orzechowskiego, m.in. pragnąca zrównać w prawie wszystkie stany; były to bardzo progresywne, jak na tamte lata idee, które się jednak nie przebiły. Kontrreformacja zwyciężyła.

W czasach I RP ludzie definiowali się często przez pryzmat religijny – katolik, prawosławny, luteranin. Polska jako naród, przyjęła ze względów politycznych chrzest w obrządku rzymskokatolickim, za tym szło - dążenie do kultury Zachodu. Polska (I RP) zapuszczała swoje korzenie na Wschód, tymczasem to Zachód był atrakcyjny dla elit, np. w celach edukacyjnych. Powstała rozbieżność – rozrost (zaproszenie do Wolności) zaczął iść na Wschód, tymczasem podświadomie dążono na Zachód. Gdyby Polacy przyjęli obrządek prawosławny – religię bardziej pierwotną, obrządek mocniej złączony z tradycyjnymi kultami dawnych ludów zamieszkujących ziemie Wschodnie – być może Europa Środków-Wschodnia, wyglądałaby dziś inaczej. Ze względu na katolicyzm, jako naturalny element uczestnictwa Polski w historii – naród polski, stał się wieczną dwoistością. Miało to swoje zarówno pozytywne, jak i negatywne skutki dziejowe.

Europe opanowały w XVII wieku wojny religijne, w Rzeczpospolitej powstawały pomysły na łącznie rozbieżności między odłamami chrześcijaństwa, jak np. Unia Brzeska – zazwyczaj były to pomysły nieudane. Wcześniej na dworze Zygmunta III Wazy, pojawiało się mocne lobby Jezuitów i zapanowała idea ujednolicenia religijnego. Wraz z wiekami, Rzeczpospolita ze względu na wielość ambicji, pomysłów i interesów, rozpadła się – czego powodów było wiele, a przede wszystkim oligarchie magnackie oraz ich osobiste wpływy, ambicje i dążenia, które I RP uśmierciły. Wraz z latami, złota wolność szlachecka, warcholstwa i sobiepaństwa rozkawałkowały idee tworzącą Rzecz-wspólną – nastąpił kolaps i 123 lata nie-bytu. W XVIII wieku w kraju panował upadek ekonomiczny i bezład, stosunek kilkunastotysięcznej polskiej armii do ogromnych sił zbrojnych sąsiadów był przygniatający. Fortec nie budowano, miasta pustoszały, konnica w której pokładano nadzieję, była niezdolna do konfrontacji z nowoczesnym wojskiem. Władza spoczywała w rękach nieodpowiedzialnej oligarchii; rządzący oddawali się zachciankom i polowaniom, polska prowincja była wynędzniała. I RP dogorywała i przestała istnieć. Następnie, XIX był ciekawym okresem; okresem w którym pomimo nie-bytu politycznego, Polacy stworzyli wiele w obrębie myśli naukowej, filozoficznej, artystycznej i politycznej, co w 1918 roku pozwoliło wybić się na niepodległość. W dobie samego romantyzmu wykształcił się unikatowy nurt polski, reprezentowany przez wielu twórców, myślicieli i polityków - będący pragmatycznym i wyjątkowym fenomenem na skalę światową, reprezentowany przez m.in. Augusta Cieszkowskiego, Zygmunta Krasińskiego, Bronisława Trentowskiego, Karola Libelta.

Mikołaj Sęp Szarzyński | Zygmunt Krasiński | Stanisław Ignacy Witkiewicz.

Renesans był czasem, w którym wykształciła się polskość literacka; działało wtedy wielu twórców, m.in. z nich najwięksi, jak Jan Kochanowski, czy Mikołaj Rej. Jednak wydawać by się mogło, dość pomijanym ze względu na przedwczesną śmierć i stosunkowo nieduży dorobek, a oddającym bardzo trafnie pewną specyfikę polską, był Mikołaj Sęp Szarzyński (Rytmy abo wiersze polskie), zdaje się, że zapoczątkował pewną symboliczną linię, której bezpośrednim kontynuatorem był hrabia Zygmunt Krasiński (Niczym Sybir – niczym knuty I cielesnych tortur król! Lecz narodu duch otruty – To dopiero bólów ból!); oraz następnym kontynuatorem tej symbolicznej linii/idei, jakby mimochodem stał się Stanisław Ignacy Witkiewicz. Linia motywów/idei związanych z Sępem, prowadzi przez Krasińskiego do Witkiewicza. Z tym, że twórczość zarówno sępowa, jak i nawet witkacowska ostała się na poziomie embrionów (np. Witkiewicz za życia był uważany za wielkiego ekscentryka – co sam podsycał z resztą, i mu to być może odpowiadało (chociaż wiele z tego jest czarną legendą) - jego wielkość przyszła dopiero po śmierci; w dziedzinie filozofii potrafił docenić go np. Tadeusz Kotarbiński, uważając jednak, że twórczość jego, jest dopiero właśnie embrionem; z resztą zapewne słusznie, tak Kotarbiński uważał (Witkiewicz, np. krytykował m.in. reizm Kotarbińskiego). Witkacy pod koniec życia, już całkowicie zgorzkniały, czuł się jak nieużyty nabój, leżący na łące; Sęp, z kolei zanim rozbłysnął to zgasł; Krasiński był w pełni świadomy swojej ograniczoności za życia – lecz, pod względem symbolicznym, okazał się twórcą profetycznym i uniwersalnym).

Sępowe rytmy, sępową gonitwę, wieczne bojowanie studiował np. Henryk Sienkiewicz. Rytmem biegł także Włodzimierz Odojewski, być może, aż za bardzo (ciężko). Istotnym przykładem podobnej twórczości jest także – Stankiewicz - Eustachego Rylskiego; będąc czymś naturalnym, stworzonym quasi-transowo – niewymuszonym i jakościowym. Eustachy Rylski jest przykładem przerwanej polskiej narracji – czyli tego - jak los by prowadził, gdyby nie było okupacji roku 1939 i 1944; przykładem przerwanej ciągłości; ciągłości/kompozycji, która się przystosowała do nienaturalnego przerwania. Dygresyjnie warto jeszcze wspomnieć, iż wypadałoby wrócić do kanonu twórczość Józefa Mackiewicza – która była czymś celowo z Polski wypartym, przez sowieckich okupantów.

Tak zwane nacjonalizmy…

I RP legła w gruzach pod ciężarem agresji państw sąsiednich i wewnętrznie - rozbieżności sprzecznych interesów wśród warstw decyzyjnych. II RP narodziła się w 1918 roku, a wcześniej w XIX wieku, w ludach młodo-słowiańskich zaczęły kiełkować odczucia związane z przynależnością do nacji. Od końca XIX wieku, problemem nacjonalizmów - żywiołów: białoruskiego, litewskiego, ukraińskiego - była usilna chęć samostanowienia, przy zerowej na to możliwości dziejowej. Ukraińcy mogli to uczynić tuż po I wojnie światowej, przy pomocy Polski, w określonych granicach (koncepcja Piłsudskiego), jednak Symon Petlura nie posiadał dostatecznego poparcia społecznego, co następnie za-skutkowało okupacją sowiecką Ukrainy. Podczas II wojny, nacjonalizmy młodo-słowiańskie, upatrywały szansy na samostanowienie przy III Rzeszy - co było całkowicie złudne - aż po barbarzyństwo - czystki etnicznie - Wołyń, Ponary itd. Finalnie, powstał na Wschodzie Europy - homo sovieticus. Obecnie zarówno Ukraińcy, jak i Białorusini posiadają bardzo słabą świadomość historyczną, są poddani propagandzie anty-polskiej i post-sowieckiej, jaką serwuje Łukaszenka, podtrzymując bolszewicki motyw 17 września, ponieważ jest to motyw, który łączy Białoruś reżimową z Rosją. Ukraińcy, z kolei znajdują swoją tożsamości w OUN-UPA, wypierając ze świadomości fakt - czym de facto była ta organizacja. Litwini się przez wieki polonizowali, Wileńszczyzna była zawsze Polska, w XIX wieku, w obliczu rusyfikacji, kulturę litewską zachowano w głównej mierze dzięki księżą katolickim. W czasach II RP osobliwością byli Poleszucy, rdzenni mieszkańcy polskiego Polesia, nie uznawali oni tożsamości narodowej - ani polskiej, ani białoruskiej, uważali się za „tutejszych”.

Był jeszcze czwarty nacjonalizm – żydowski, niestety nie asymilujący się z Polską co prowadziło do dysfunkcji ekonomicznej państwa, posiadający tendencję izolacjonistyczne głównie ze względu na religię wyznawaną przez członków tej mniejszości, która determinowała ich jako naród wybrany przez mono-boga - zapewne dlatego, żywioł żydowski w tak łatwy sposób przyjął komunizm, być może był/jest czymś pokrewnym, mesjanizm narodu wybranego bolszewików i mesjanizm narodu wybranego Żydów. Ci Żydzi, którzy nie byli syjonistami i nie wyjechali z Polski przed II wojną, sympatyzowali w dużej części z komunistami (najzwyczajniej byli nimi) – upatrywali wraz z 17 września 1939 i inwazją Sowietów na Rzeczpospolitą, możliwości stworzenia z Polski - Państwa Rad – czyli, wykluczenia Polaków z decyzyjności na los Polski. W okresie stalinowskim dostali sądownictwo i krwawo rozprawiali się z ostatnimi polskimi nośnikami wolności. Wielu z nich, z dyrektywy Stalina zmieniło nazwiska na polskie – miała nastąpić sowietyzacja Polski i wymiana elit – w najbardziej perfidnym wydaniu.

Jak pisał Stefan Kisielewski w swoich dziennikach, Dwadzieścia lat temu powiedziałem Ważykowi, że to, co robią Żydzi, zemści się na nich srodze. Wprowadzili do Polski komunizm w okresie stalinowskim, kiedy mało kto chciał się tego podjąć z gojów. (…) Po wojnie grupa przybyłych z Rosji Żydów komunistów (Żydzi zawsze kochali komunizm), otrzymała pełnię władzy w UB, sądownictwie, wojsku, dlatego że komunistów nie-Żydów prawie tu nie było, a jeśli byli to Rosja się ich bała. Ci Żydzi, robili terror jak im Stalin kazał.

Kisielewski mówił o tym w kontekście wydarzeń 1968 roku, kiedy już było dawno po epoce stalinizmu i śmierci polskich patriotów, jednak, ciągnie się to po dziś dzień; po 1989 nie zeszli oni ze sceny politycznej, tylko nadal byli decyzyjni, nadal nie zasymilowali się z Polską i nie działali na korzyść wspólnego dobra w wykreowanej przez siebie III RP. W 1968, komuniści pseudo-polscy, degeneraci tzw. chamokomuna przejęła władzę w Państwie Rad (czyli Ludowej Polsce), komuniści żydowscy, którzy w epoce stalinizmu wprowadzali terror wysługując się chamokomuną, musieli opuścić terytorium Polski Ludowej, którą stworzyli. W „nimbie wygnańców” wyjechali na Zachód - czyli mieli możliwość, opuścić zupełnie dobrowolnie i legalnie terytorium PRL; czyli mieli możliwość, aby zrobić to, o czym marzył każdy Polak – legalnie wyjechać na Zachód, wyrwać się z PRLu i dziadostwa z nim związanego, nędzy i tragedii; z tym, że dla Żydów komunistów było to wielką tragedią, ponieważ musieli opuścić własny patologiczny twór, który tworzyli od 1945; na przełomie 50-60' lat zostali pozbawieni hegemonii w partii przez frakcję chamokomuny. Dwie zdegenerowane komunistyczne frakcje, zbudowały sobie na terytorium Polski – Państwo Rad, po czym jedna frakcja wykluczyła drugą. Ani jedni, ani drudzy nie reprezentowali Polski, były to toksyczne, bandyckie środowiska, które biły się o władzę w kolonii sowieckiej jaką była Polska Ludowa. W 1968 z Polski wyjechało także wielu katów stalinowskich, których do samej śmierci nie osądzono za popełnione zbrodnie, jak np. Stefan Michnik czy Fajga Mindla Danielak vel Helena Wolińska. Trzeba także zaznaczyć, dodać - w 1968 roku ucierpiała też pewna części ludzi, którzy byli polskimi Żydami, nie szczególnie sympatyzującymi z komunizmem, jednak ułożyli sobie życie po II wojnie w Polsce - ponieważ w Państwie Rad (czyli Polsce Ludowej) Żydzi byli obywatelami pierwszej kategorii - gdyż budowali ten twór, w 1968 frakcja chamokomuny nakazała im opuścić terytorium PRL wraz z komunistami Żydami - i to nawet nie opuścić, zabrano po prostu im władzę, stanowiska itp. - wielu opuściło PRL z własnej woli.

Po 1989 w bezpośredniej linii prostej, polityczną władzę w Polsce mieli przez wiele lat postkomunistyczni liberałowie, wywodzący się z tych dwóch środowisk, które budowały w Polsce komunizm. Obecnie, środowiska te, wyparły jednak ten fakt całkowicie – niektórzy tj. młodsze pokolenie liberałów (40-50 latkowie), zrobiło to z powodu niewiedzy, z kolei starsze pokolenie 60+, 70+ cynicznie i świadomie - ogniskują swoją politykę wokół nienawiści do obecnej partii rządzącej, która jest z kolei spadkobiercą post-Piłsudskiego obozu (1935-1939).
Jest jeszcze lewica - tzw. młodsze pokolenie lewicy, które w wielu przypadkach ma dobre chęci, lecz jest skutecznie sabotowane przez polonofobów i neomarksistów oraz podąża w ciemno za podstawianymi im „globalistycznymi ulotkami”, łykając wszystko jak pelikany. Klasycznej socjalistycznej-lewicy (z tradycji PPS) nie ma w Polsce prawie wcale.

Polska idea narodowa w II RP (1918-1939) - od rodu-rdzenia – z dzisiejszym pojęciem tzw. nacjonalizmu nie ma wiele wspólnego, ponieważ w tej idei Polakiem mógł być każdy, kto tylko zechciał. W koncepcjach narodowych - naród to synonim obywatelstwa, a nie nacji - zupełnie jak w czasach I RP. Co istotne, podczas II wojny, na masową skalę narodowcy - ukrywali Żydów, i byli skrajnie przeciwni III Rzeszy. Problem Żydów ortodoksyjnych tzw. „biedoty” w II RP - był problemem niechcianego gościa – przyjętego w czasach średniowiecza – niechcianego ze względu na nie asymilowanie się. W czasach II RP bardzo mało Żydów się zasymilowało, a nawet ci zasymilowani sympatyzowali zazwyczaj z komunizmem; była też pewna część Żydów zasymilowanych uważających się za Polaków, było ich jednak bardzo niewielu. Znaczny procent Żydów nie-zasymilowanych, nie mówił nawet po polsku. Jednak był to problem stricte ekonomiczny - polscy chłopi biednieli i popadali we frustrację - w czym środowiska ludowe, narodowe i konserwatywne starały się zaradzić. Być może, rozwiązaniem mogło być, oddanie jakiegoś terenu w II RP Żydom nie-zasymilowanym na wyłączność, danie autonomii i nałożenie odpowiedniego podatku - a także prowadzenie handlu między Polakami, a Żydami. Odciążyłoby to polskich chłopów - niesamowicie.

Synteza polskiej myśli politycznej czasów II wojny i ostatni nosiciele idei Libertas.

Polska myśl polityczna ugrupowań narodowych polegała na decentralizacji i samorządach terytorialnych, ale nie miała nigdy szansy zaistnieć - w tym można odnaleźć echa I RP, echa będące bezpośrednią kontynuacja tradycji polskiej. W okresie II wojny światowej – w obliczu zagrożenia, wybrzmiały dwie koncepcje polskości – będące tak naprawdę starymi ideami. Pierwsza – Armia Krajowa i II Korpus Polski generała Andersa – czyli kontynuatorzy mesjanizmu politycznego, za wolność naszą i waszą - w tym kontynuatorzy naiwności politycznej. Druga Narodowe Siły Zbrojne i inne narodowe organizacje wojskowe, reprezentująca pragmatyzm polityczny, trzeźwość osądów i stricte polską racje stanu. Pragmatyzm ukazany m.in. poprzez działanie ściśle zakonspirowane - rozważne w terenie jako partyzanci, nie narażający ludności na pacyfikacje wsi ze strony Niemców. Działanie, którym charakteryzował się chociażby Adam Ronikier, udający się na pertraktacje do Niemców pod koniec lipca 1944 - celem, zapobiegania masakrze młodzieży polskiej w stolicy; z resztą cześć dowódców niemieckich była gotowa oddać Warszawę bez wystrzału, po prostu się wycofać – nie udało się, bo AK nie zamierzało pertraktować oraz następnie fanatycy Hitlera wysłali najbardziej zbrodnicze jednostki do pacyfikacji w Powstania warszawskim młodzieży polskiej. Stolica została zniszczona, a Armia Radziecka bezkarnie weszła w styczniu 1945 do ruin miasta (dodatkowo KBW było już gotowe na pacyfikację, jeśli Polakom, by się udało wygrać Powstanie). Pragmatyzmem charakteryzował się płk. Antoni Szacki ps. „Bohun” – przedostając się na Zachód całą swoją jednostką do Aliantów Zachodnich, gdzie następnie, dostał od gen. Pattona, odznaki amerykańskie i włączono Brygadę Świętokrzyską do Amerykańskiej Armii. Generał Anders i II Korpus Polski walczył na Zachodzie o wolność naszą i waszą, nie osiągając żadnych celów politycznych. Właśnie te dwa motywy polskie, krzyżowały się przez wieki.

Po 1945’ Polska stała się sztucznym tworem – nie-Polską, tworem komunistów, nowych okupantów. Odcięto od Polski Kresy – czyli serce Polski, jak się kiedyś mówiło (dzisiaj po części wszyscy bardziej świadomi Polacy są mentalnymi egzulantami Kresów); przez dekadę fizycznie likwidowano polskie elity. Z kolei wcześniej, w starych ziemiach piastowskich (po ucieczce Niemców), żołnierze Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ) upatrywali szansę na wolność, demokrację i niepodległość - protest przeciwko jałtańskiej formule; nie udało się jednak - II Korpus Polski gen. Andersa, nie ogarnął sytuacji z perspektywy politycznej i logistycznej. Następnie Andres żałował, ale był realistą, nie miał jak naprawić błędów - bez ostatniego rozdziału. W II Korpusie planowano się nawet zbuntować i na piechotę przejść do Polski m.in. 5 Kresowa Dywizja gen. Sulika (20 tyś.) - lecz było już za późno - Nie jest czas, żeby robić gesty, których świat nie rozumie. Na emigracji zostało około 3 mln Polaków, a Polska została nie-Polską - zacofaną na następne pół wieku.

Gdy Rzeczpospolita przestała istnieć w 1945 roku, ostatnimi spadkobiercami polskiej idei Wolności – Libertas - stali się żołnierze i ludność stawiająca opór sowietyzacji. Były to ciężkie czasy, kiedy ostatnich Polaków - komunistyczni okupanci nazywali „bandami”, nikt miał o nich nie pamiętać.
Dla spadkobierców Rzeczpospolitej - „słowo” to była świętość, „słowo” miało ogromne znaczenie w środowiskach konspiracyjnych - raz coś powiedziane, obiecane, przyrzeczone musiało zostać dotrzymane. Dosadnie Libertas przedstawił w jednej z odezw żołnierz organizacji WIN (Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość) kpt. Zdzisław Broński - Życie poświęcić warto jest tylko dla jednej idei, idei wolności! Jeśli walczymy i ponosimy ofiary to dlatego, że chcemy właśnie żyć, ale żyć jako ludzie wolni, w wolnej Ojczyźnie.
Absolutną antytezą tego charakteryzwali się Sowieci i ich pachołkowie - jawni kłamcy i bandyci.

Innym wartym przywołania przykładem idei Libertas był dowódca organizacji - Konspiracyjne Wojsko Polskie (KWP) Stanisław Sojczyński ps. „Warszyc”, przedwojenny nauczyciel i żołnierz, który dwukrotnie rozbijał więzienie w Radomsku i oswobadzał na pewien czas miasto - w 1943 za okupacji niemieckiej, i w 1946 za okupacji sowieckiej. Ostatnim nośnikiem Libertas, po upadku organizacji WIN (zamordowaniu płk. Łukasza Cieplińskiego) - było Narodowe Zjednoczenie Wojskowe (NZW), do którego przechodzili masowo ludzie z innych organizacji po 1949 roku. Potem ciągłość w kraju została przerwana.

Stanisław Piasecki i Prawo do twórczości – decentralizacja i mesjanistyczny pragmatyzm.

Cofając się do czasów starożytnych, dawno temu na terenie Gór Świętokrzyskich znajdowało się ogromne zagłębie hutnicze, największe w tej części Europy, działało ono w oparciu o złoża własne, wydobywane metodami głębinowymi i odkrywkowymi, cały okres starożytności działali na terenach dzisiejszej centralnej Polski metalurdzy, wytapiający w piecach żelazo; było to najstarsze miejsce tego typu na terenie całej Europy, znajdujące się poza granicami Imperium Rzymskiego.

Polacy - waszmościowie i włościanie - nie są potomkami Sarmatów z grecko-rzymskich map, tak jak omyłkowo przyjęto w czasach I RP; prawdopodobnie Polacy są po części potomkami starożytnych metalurgów.

Jedna z wybitniejszych postaci międzywojnia polskiego – Stanisław Piasecki, działacz narodowy, redaktor gazety Prosto z Mostu, żołnierz i literat, wykuł w jednym ze swoich esejów (znajdującym się w zbiorze publicystyki) bardzo trafną analizę sytuacji światowej, napisał to w 1936 roku; lecz praktycznie, jest to kalka czasów dzisiejszych – kiedy to kumulacja wielkiego kapitału w rękach wielkich instytucji i korporacji, powoduje wymuszony monopol ekonomiczny (wpływa już nawet na politykę) oraz wyklucza małych i średnich przedsiębiorców - wytwórców. Post-oświeceniowy rydwan prowadzi do tego, że jedynymi pracodawcami będą wielkie korporacje i państwa.

Esej - Prawo do twórczości.

W genialnej satyrze Huxleya „Nowy, wspaniały świat” jest pod koniec taki moment, gdy dzikus, dostawszy się do Stanów Zjednoczonych Świata, uszczęśliwionych komunizacją, standaryzacją i stabilizacją (takie idealne państwo przyszłości), woła przerażony i zgnębiony:

– Nie chcę wygody! Chcę Boga, poezji, prawdziwego niebezpieczeństwa. Chcę wolności, chcę cnoty. Chcę grzechu. Żądam prawa do nieszczęścia, starości, brzydoty i niedołęstwa; prawa do syfilisu i raka; do głodu, do tyfusu; do wszy; do życia w ciągłym strachu przed jutrem!

Niepodobna nie słyszeć tego wołania, gdy się myśli o popularnych dziś receptach na przebudowę świata, o pomysłach zapewnienia ludzkości szczęścia przy pomocy racjonalnej organizacji wielkiej masy – nowego ustroju gospodarczego współczesności. Paradoksalne ujęcie huxleyowskie nie jest tak dalekie prawdy, jakby się zdawało. Nie trzeba go tylko brać dosłownie. W wołaniu dzikusa o prawo do wszystkich klęsk, gnębiących dziś ludzkość, które usunąć obiecuje nam planowa gospodarka, jest przede wszystkim poczucie niedostateczności mechanicznych sposobów naprawiania świata. Znakomicie uregulowany mechanizm społeczno-gospodarczy, uregulowany wyłącznie na podstawach wiary materialistycznej, może się okazać równie groźny i niebezpieczny dla człowieka, jak dotychczasowa anarchia głodu, nędzy i choroby.

Można i trzeba już dziś o tym mówić jasno i otwarcie, bez obawy posądzenia o konserwatyzm i wysługiwanie się zainteresowanym w utrzymaniu obecnego ustroju. Pewne pojęcia, do wczoraj jeszcze rewolucyjne, tak się zdołały upowszechnić, że właśnie uchodzą one za konserwatyzm. Któż odważy się dziś zakwestionować publicznie prawo do chleba, będące jeszcze do niedawna co najwyżej nakazem odświętnej filantropii wobec maluczkich? Kto wystąpi przeciw prawu do pracy, gdy już co druga książka beletrystyczna snobuje się tragizmem bezrobocia? Walczyć o usunięcie materialistycznych nierówności społecznych i tylko tyle a nic więcej – znaczy wybijać otwarte drzwi.

O miedzę, za wschodnią granicą, dokonywa się gigantyczny eksperyment budowy ustroju, w którym teoretycznie materialne nierówności społeczne są usunięte, a własność uspołeczniona, czy też raczej upaństwowiona. W literaturze sowieckiej, tak teraz masowo tłumaczonej na język polski, na każdej niemal karcie spotyka się opisy entuzjazmu młodzieży, budującej nowy, wspaniały świat. To samo w filmach sowieckich, coraz częściej wyświetlanych na naszych ekranach. Nie wydaje mi się ani na chwilę, jak (to sądzi wielu przy kawiarnianych stolikach, aby ten patos entuzjazmu, buchający z sztuki sowieckiej, był robiony na rozkaz z góry, dla propagandy tylko. Ten entuzjazm jest naprawdę i nie ma się czemu dziwić. Porywająca to rzecz budować nowy, lepszy świat, gdy się wierzy w słuszność programu. Porywająca nawet bez butów, nawet o głodzie i chłodzie. I nie w ten zagadnienie, jak jest w Rosji sowieckiej obecnie, ale w ten, jak będzie, gdy ten nowy ustrój zostanie zbudowany i wykończony. A tu można powiedzieć z całą pewnością: lepiej jest teraz, bez butów, ale z entuzjazmem niż będzie kiedyś, kiedy cały mechanizm zostanie wykończony, kiedy głodny człowiek, sycący się teraz rozkoszą tworzenia, stanie się człowiekiem sytym, ale tylko – kółkiem w maszynie...

Nie jest to bynajmniej sprawa, która może nas obchodzić czysto teoretycznie, jako horoskop, ustawiony dla sąsiada. Ten horoskop jest także dla nas. Świat bolszewiczeje. To samo prawie, co Sowiety zrobiły rewolucją od dołu, Roosevelt próbuje robić w Ameryce rewolucją od góry. Nadużycia prywatnego kapitalizmu stały się tak dla wszystkich oczywiste, niesprawiedliwość wyzysku tak obmierzła, a rozstrój gospodarczy, wywołany egoizmem interesów tak groźny – że pora była już wielka chwycić byka za rogi. Różnie się do tego różne narody zabierają; rzadko frontowym atakiem, częściej po cichu, zachodząc od boków. Ale wszędzie doktryna marksowska święci triumfy: kapitał, koncentrując się, ułatwia tym samym objęcie go przez społeczność za jednym zamachem. Im wyższy stopień koncentracji, im bardziej przemysł rozbudowany, im gospodarka rolna bardziej zmechanizowana, im administracja państwowa bardziej zbiurokratyzowana – tym łatwiej wszystko przejąć i poprowadzić dalej na nowych zasadach. O ile niewątpliwie upaństwowienie kapitału (bo to uspołecznienie kapitału zawsze jest w praktyce upaństwowieniem) umożliwia znacznie sprawiedliwszą, racjonalniejszą i zdrowszą dla interesów zbiorowości gospodarkę, ale właściwie w ramach tego samego ustroju kapitalistycznego. Zmienia się tylko właściciel; prywatny kapitalizm wyrugowany zostaje przez państwo; jest to już rzeczą obojętną, czy to będzie państwo narodowe, czy też konsekwentniej, jak w satyrycznej wizji huxleyowskiej – Stany Zjednoczone Świata.

Utarło się przekonanie, że największą zbrodnią ustroju kapitalistycznego jest wyzysk materialny, stworzenie rażących dysproporcji w rozdziale dochodu społecznego. Temu oczywiście zniszczenie prywatnego kapitalizmu może w znacznej mierze zaradzić, choć niezupełnie, bo państwo, które przejmuje dotychczasowe atrybuty prywatnych przedsiębiorców nie jest przecież abstrakcją; państwo to przede wszystkim ludzie, którzy nim kierują, a w tej warstwie rządzącej mogą się łatwo obudzić nie mniejsze egoizmy niż w dawnych baronach przemysłowych. Ale jest jeszcze druga, cięższa zbrodnia ustroju kapitalistycznego, niż wyzysk materialny – to zbrodnia duchowego zubożenia człowieka.

Laissezfairyzm gospodarczy, który doprowadził w czasach nowożytnych do gwałtownej koncentracji kapitału, a wraz z rozwojem techniki, skierowanej od razu przez władców kapitału ku pomysłom wielko-maszynowym (wszelkie wynalazki, które mogły uniezależnić szarego człowieka od wielkiej produkcji, wykupywano i zakorkowano od razu) – dał podstawy pod rozwój wielkiego przemysłu. Zmienił nie tylko strukturę społeczno-ekonomiczną świata. Zmienił jego strukturę społeczno-kulturalną. Zestandaryzowano produkcję i do jej potrzeb zaczął standaryzować człowieka. Człowiek stał się potrzebny tylko jako nabywca standaryzowanych towarów i jako standaryzowane kółko w maszynie produkcji. Inwencja twórcza w sporządzaniu najzwyklejszego drobiazgu użytkowego stawała się coraz bardziej wyłączną domeną garstki speców od projektowania matryc i sztamę, z których maszyny odbijały w setkach tysięcy standaryzowane, jednakowe przedmioty. Przy maszynach fabrycznych stoją ludzie, wykonujący w ciągu określonej liczby godzin określoną liczbę mechanicznych, bezmyślnych, ogłupiających ruchów, aby za tę pracę, nie dającą żadnego zadowolenia, bo odciętą od wszelkiej twórczości, dostać określoną ilość pieniędzy, za którą można kupić standaryzowane przedmioty, wytwarzane przez fabryki...

Odarto człowieka z człowieczeństwa. Pozbawiono go największej rozkoszy ludzkiej – twórczości. Tę zarezerwowano dla elity. Szaremu człowiekowi niech wystarczy, że haruje, że je i że może iść do kina. Praca stała się przekleństwem, a brak pracy – to głód i nędza. Czyż dziwić się potem, że w programach proletariackich, obok postulatu usunięcia wyzysku przez uspołecznienie kapitału, nieodmiennie powtarzają się postulaty ograniczenia godzin pracy? Praca większości ludzi w ustroju wielkoprzemysłowym straciła swój dawny charakter wyładowywania instynktu twórczego, tego instynktu, który odróżnia człowieka od zwierzęcia, tego instynktu, który jest iskrą Bożą w ludzkiej duszy. Chłop siejący zboże i uczestniczący współtwórczo dzień po dniu w tajemniczym misterium przyrody na swoim zagonie, szewc obmyślający kształt przyszwy do nowej pary butów, czy (bardziej nowocześnie) mechanik konstruujący „z własnej głowy” karoserie do samochodu – mają zupełnie inne poczucie, niż parobek przemierzający na traktorze kilometry cudzej ziemi, fabryczny pracownik szewski wycinający mechanicznie sztancą kapkę obuwia, czy robotnik w Detroit u Forda, stojący przy taśmie automatycznej. Nie wystarczy ich upaństwowić, aby czuli się dobrze. To tylko może poprawić ich warunki materialne, skrócić czas pracy, uchronić od bezrobocia. Człowieczeństwa im to nie wróci.

Tam, gdzie jak w Rosji Sowieckiej, odbywa się rozbudowa przemysłu do skali światowej już przez uspołeczniony (czytaj: upaństwowiony) kapitał, a nie przez kapitał prywatny, entuzjazm zbiorowej budowy podsycany zresztą umiejętnie rekordomanią, starczy może czasowo za namiastkę twórczości indywidualnej. Przeklinać swój los będą dopiero ci, którzy staną na stałe przy zbudowanej entuzjazmem ojców taśmie automatycznej. Innym narodom nawet tej pociechy okresu entuzjazmu nie stanie. Nie będą pionierami. Pójdą po utartych śladach. Pójdą, aby zagrać o małą już dziś stawkę zmiany właściciela kapitału, nie tykając samej podstawy ustroju kapitalistycznego: koncentracji.

To, co mogło się wydawać jeszcze kilka lat temu rewolucyjną śmiałością w myśleniu, trąci już dziś konserwatyzmem. Trzeba myśleć śmielej i mieć ambicję narzucenia tej myśli światu. Zaatakować ustrój obecny w jego najistotniejszym punkcie: zasadzie koncentracji kapitału. Walczyć o dekoncentrację, bo tylko przy dekoncentracji możliwe jest zaspokojenie obok prawa do chleba i prawa do pracy – także prawa do twórczości. Prawo do chleba bez prawa do pracy jest jałmużną. Prawo do pracy bez prawa do twórczości jest niewolą. Jeśli tego na razie nie rozumieją ci, których prawa do twórczości pozbawiono od długich lat, których wyzuto z człowieczeństwa i zaprzedano w niewolę mechanizmu koncentracji przemysłowej – to tym bardziej obowiązek wołania spada na tych co najlepiej rozumieją, czym jest możność zaspokojenia instynktu twórczości w życiu człowieka: na pisarzy, malarzy, muzyków, na świat sztuki. Będzie to walka o wyższy typ duchowy społeczności, walka o upowszechnienie kultury pojmowanej nie jako odświętny odpoczynek po ogłupiającej pracy, ale jako zasady samej pracy. Stworzony przez ustrój zarówno prywatno-kapitalistyczny, jak i państwowo-kapitalistyczny podział na twórców i wytwórców jest równie wielką krzywdą społeczną, jak podział na bogatych i biednych.