Ardra.pl

Chrześcijaństwo (polski katolicyzm) wobec potrzeby transformacji.




12.01.2021

W dzisiejszych czasach jesteśmy świadkami współistnienia religijnych ortodoksji i postmodernistycznego konsumpcjonizmu, od pewnego czasu polski „letni katolicyzm” stawia czoło „bojówkom ideologicznym” paradygmatu gender, które, co irracjonalne nie upatrują problemu w np. ortodoksjach islamskich zalewających Europe Zachodnią. Niemcy jako państwo stojące na czele Unii - będącej federacją państw europejskich, zdają się nie dostrzegać, że budują swój kraj w oparciu o gastarbeiterów z Turcji i Europy Wschodniej – czym nie odrabiają dziejowej roli, tworząc wyraźny rozłam wewnątrz swojego społeczeństwa. Niemieckiej klasie średniej żyje się dobrze, jednak dzieje się tak m.in. dlatego, że mają solidne podstawy wśród warstw społecznych, które wykonują czynności, których oni nie muszą - bo np. bardziej opłaca się udać na zasiłek Niemcowi bez wykształcenia, fachu czy pomysłu niżeli iść do fabryki. Spadkobiercy Świętego Cesarstwa Rzymskiego, jak i II oraz III Rzeszy nie zdają egzaminu praworządności, jak i z resztą wielokrotnie nie zdawali, przy czym „wytykali palcem” innych w sposób kuriozalny, co dzisiaj - w oczach ludzi rozsądnych i racjonalnych jest teatrem groteski. Obecnie społeczeństwo niemieckie zdają się być krajem protestanckich ateistów. Przy czym z pełnym zapałem stają się apologetami genderyzmów; poszanowanie cudzych wartości przestaje grać rolę. Polska jest krajem letnich katolików, kiedy to w niektórych środowiskach proboszcz jest nadal dyspozytorem prawdy - Cudzoziemskich ksiąg nie czytaj, czego nie wiesz, księdza pytaj. - ale w dobie internatu, globalnej sieci to już nie zdaje egzaminu. Czy Polacy mają odwrócić się od światopoglądu Unii w myśl zasady: One Niemce i Francuzy, mają pludry i rajtuzy. Nie-chrześcijańską miłość głoszą, i na wierzchu jajca noszą. Pyski w pudrach i w pomadkach, wszy w perukach, franca w zadkach. Czy dzisiejsza ideologiczna „wojna trzydziestoletnia”, między dwoma światopoglądami jest czymś niezmiernie wyolbrzymionym w mediach. I tak, i nie – nie jest to problem realny, lecz sztuczne wykreowany przez m.in. unijnych oficjeli. W globalistycznych liberalno-lewicowych koncepcjach jest już coraz mniej miejsca na poszanowanie wartości reprezentowanych przez poszczególne mniejsze narody, które to z kolei, stoją w kontrze do „czegoś” sztucznie narzucanego. Jednakże, Polacy nie mogą odwrócić się od Unii, muszą ją naprostować ukazując groteskę tych idei; aby to zrobić skutecznie; aby to w ogóle było możliwe - musi nastąpić jedna kluczowa zmiana: w Polsce musi odbyć się reforma kościoła katolickiego – być może nie jest to utopią, ponieważ prędzej czy później stanie się to koniecznością. KK odgrywa dużą rolę w życiu publiczno-społecznym - zbyt dużą; już Adolf Bocheński wybitny polski publicysta przedwojenny oraz geopolityk, będący człowiekiem tzw. głęboko wierzącym, zauważył, że Kościół i państwo muszą zostać rozdzielone. Byłoby to sprawą wielce zdrową dla ustroju państwa, jak i z drugiej strony, pozwoliłoby wyzbyć się obłudy – parafie byłby utrzymywane przez wiernych, którzy wykazują chęć uczestniczenia w kulcie religijnym. Oczywiście w pewnej wstępnej fazie - państwo by przeznaczyło pomniejsze sumy na Kościół aby po pewnym określonym czasie – zakończyć finansowanie tej instytucji (z wyjątkiem działalności charytatywnej, która byłaby cały czas wspierana), pozwolić jej radzić sobie samej – co wydaje się, zmusiłoby ją do podniesienia poziomu kształcenia i samoistnej wewnętrznej reorganizacji – być może zahaczyło by to o pewien rodzaju elitaryzm w przyszłości – jeśli nie to by samoistnie wygasło. To byłby krok milowy w kierunku do tego czym Rzeczpospolita powinna być – „Republiką” opartą o mocne stanowienie regionów; jak wiadomo religia od najstarszych czasów jest związana z człowieczeństwie – wielokrotnie wykorzystywano ją do niecnych celów, wielokrotnie stanowiła oparcie polityczne, jak chociażby za czasów Konstantyna Wielkiego i jego następców, dynastii tak mocno zepsutej i pogrążonej w mordy oraz intrygi w obrębie własnej rodziny. To Konstantyn jako pierwszy wykorzystał chrześcijaństwo do uskutecznienia swoistej Teologii politycznej (jest to pojęcie/doktryna polityczna, która ukazuje jak wykorzystuje się/łączy wiarę w bóstwo i dogmat z systemem społecznym państwa). Zdrowe państwo z perspektywy ustroju – musi być z założenia świeckie; tolerancyjne i świecke, jak i nowoczesne, jednocześnie nie ulegające postmodernistycznym trendom; oparte o mocne regiony jak i tradycje. Czy to jest możliwe w dobie internetu? Oczywiście – szczególnie w obecnych czasach związanych z pandemią koronawirusa, jak i kryzysem liberalizmu, w rzeczywistości będącym globalistyczno-oligarchicznym korporacyjnym „przodownikiem”.

Trzeba pamiętać, że KK jest miejscem zrzeszającym ludzi – w pewnym sensie niezależnym ośrodkiem, dającym jakiegoś rodzaju ład społeczny; jednak musi wyzbyć się zaściankowości i kołtunizmów, które często stanowią o jego trzonie. Nie bez przyczyny KK sięga swoją mocą najbardziej w krajach trzeciego świata jak np. Ameryka Środkowa i Południowa. Pytanie brzmi - jak uzdrowić KK? Jest to temat bardzo problematyczny i odnosi się do czasów, kiedy to KK urósł w siłę i stał się trzonem cywilizacji łacińskiej - czyli IV w. KK musi zacząć starać się, aby ich nauczania były atrakcyjne dla ludzi, atrakcyjne i przyciągające; a nie będące dla młodych osób najczęściej smutnym i przykrym odbębnianiem przymusu, na który i tak mało kto ma ochotę - słuchając w kółko tych samych mantr, jak i rzeczy kompletnie archaicznych. KK zdobył dominację w IV w. w dobie upadku starych kultów rzymskich, ponieważ był czymś atrakcyjnym dla ludzkich mas (o czym pisałem w epilogu do tekstu „Julian, stracona szansa Imperium”), obecnie mamy XXI w. i dla znacznej części społeczeństwa - KK atrakcyjny nie jest.

Wraz z I w. n.e. chrześcijaństwo uważano za obcą wschodnią religie oraz za jakiegoś rodzaju sektę w obrębie narodu żydowskiego; samo pojawienie się chrześcijan prowadziło do konfliktów wewnętrznych w obrębie wyznania żydów. Podczas rządów cesarza Klaudiusza, na mocy edyktu w latach 40’ I w. - wygnano z Rzymu Żydów, jak i zarówno objęło to prawdopodobnie chrześcijan. Zwyczajny Rzymianin nie mógł pojąć o co chodziło w tych wewnątrz żydowskich sporach. Społeczeństwo rzymskie było stabilne, opierało się o konkretne prawa, Żydów często nie tolerowano, przede wszystkim dlatego, że nie asymilowali się, z kolei na chrześcijan, którzy jawili się jako jakiegoś rodzaju sekta żydowska – patrzono bardzo podejrzliwe, co wydaje się logicznym działaniem. Zwykli Żydzi wierzyli że przyjdzie mesjasz aby dać panowanie Izraelowi, tymczasem chrześcijanie wierzyli, że wkrótce zmartwychwstanie prorok, aby wszystkich osądzić. Jawili się jako apokaliptyczne ugrupowanie - twierdzące dosłownie, że królestwo mesjasza nie jest z tego świata - tylko jest jakiegoś rodzaju alternatywną rzeczywistością. Paweł Apostoł twierdził, iż owe słowa (o królestwie z innego świata) były dla pogan (rzymian) - jak określano innowierców (czyli wszystkich) głupotą, a dla Żydów skandalem. Lecz właśnie ta apokaliptyczna wizja dawała nadzieje niższym warstwą społecznym – które stanowiły, wraz z kolejnymi latami znaczną większość społeczeństwa – twierdzono, że kiedyś „ktoś” wyrówna wszystkie rachunki i niesprawiedliwości tego świata (tymczasem mamy XXI wiek i owa ortodoksja chrześcijańska nadal w to brnie - oddając się archaicznym pismom antycznym, traktując je jako prawdziwe i jedyne słuszne; wydaje się jednak, że intelektualiści chrześcijańscy mają szersze zapatrywanie na ten temat, ale nie wyprowadzają z błędu warstw niższych). Antyczne chrześcijaństwo urosło na sile wśród rzemieślników, kupców, wyzwoleńców i niewolników. Paweł, co wyłania się z wielu fragmentów jego pism - wierzył w przyjście mesjasza, i ten apokaliptyczny archaizm pozostał po dziś dzień (czy się w niego wierzy, czy nie, odbija się na psychice wyznawców). Dodatkowo, w antyku chrześcijaństwo zaczęło stawać się nietolerancyjne, nawet wrogie wobec innowierców - co wyłania się m.in. z listów Pawła, czyli doktryny.

Nowy Testament jako pismo antyczne, jak i dogmat o zmartwychwstaniu zbawiciela stanowi fundament nauk chrześcijańskich (pomijam już fakt regularnego przewijania się archetypu zmartwychwstania bogów; występującego regularnie w wielu kulturach, jak i pomijam apokryfy nowego testamentu – które główny nurt odrzucił - ponieważ przeczą one tworzeniu zorganizowanych instytucji religijnych). NT spisano w grece, ponieważ tym językiem posługiwali się Żydzi poza Palestyną. Rzymianie zaczęli - z biegiem czasu (I – III w.) być zasadniczo wrodzy wobec chrześcijan, m.in. Apostoł Paweł nawoływał do posłuszeństwa - każdej władzy wobec boga - jakoby miała pochodzić ona od samego mono-boga (Jahwe). Dodatkowo chrześcijanie spodziewali się szybkiego przyjścia powiernika boga, jak i kataklizmów oraz innych przewrotów na świecie – co oczywiście się nie stało. W momencie ostatecznym zbawieni mieli zostać tylko członkowie ugrupowania – ochrzczeni. Do dziś pozostaje wśród wielu swoista duma – którą określają mianem „łaski wiary”, co wiąże się z bezpieczeństwem psychologicznym, odczuciem wyróżnienia, oraz ślepym podążaniem za IV wiecznym dogmatem. W obliczu XXI wieku, z czym łączy się ogromne przyspieszenie informacyjne - nauki chrześcijańskie są nieprzystosowane do nowych realiów; utrzymują ludzi w letargu, nie zachęcają. W wielu przypadkach nadal są powtarzane archaiczne pisma - napisane w czasach - tak zupełnie innych - w porównaniu do dzisiejszych; jest to bardzo dobitny przykład, iż ludzka natura potrzebuje duchowości - sensu i nie można jej go zabrać, odciąć; dlatego katolicyzm polski powinien się przetransformować, ewoluować – pójść z duchem czasu, a nie jak nadal to zazwyczaj bywa - być archaiczną, czasami apokaliptyczną, starotestamentową wizją z czasów Imperium Rzymskiego (nadal powiela się te wątki); kiedy to od I wieku, małe ugrupowanie raczkowało poprzez powstawanie gminy-komun w Grecji i na Bliskim Wschodzie, aż wyrosło na fali traumy podczas prześladowań za czasów Dioklecjana – w potężną siłę polityczną. W I w. wraz z początkiem rozrostu chrześcijaństwa „świętymi” określano każdego ochrzczonego – nadając z psychologicznej perspektywy pewną wyjątkowość; było to ważne dla pierwszych wyznawców. W późniejszych czasach świętymi zaczęto nazywać tylko tych co ginęli śmiercią męczeńską. Rzymianie wierzyli w surowe prawo – coś co pozwoliło zbudować ich potęgę; kto podpali dom - sam zostanie spalony. W surowych i brutalnych czasach końca imperium, chrześcijaństwo przyciągało ludzi prostych, potrzebujących ciepła, miłości i nadziei – czyli tego, co de facto - mieli reprezentować chrześcijanie w dobie końca antyku, a czego nie reprezentowali. Od IV w. rzymska tradycja podupadała; przestała być atrakcyjna dla ludzkich mas. To właśnie w IV w. kiedy docelowo dogmat chrześcijański wszedł w życie wraz z soborami - po bratobójczych sporach między patriarchami Rzymu, Konstantynopola, Aleksandrii, Antiochii i Jerozolimy. Wcześniej sporów miedzy manichejczykami, arianami i chrześcijanami (oraz wszystkimi innymi odłamami jak np. Pryscylianizm, Apolinaryzm itd.) – wyłoniły się dogmaty. Sama natura tych sporów była podobna do średniowiecznego sporu o inwestyturę, chodziło o władze i urzędy oraz „mojszoracjonizm”. Targowano się o kwestie semantyki i mitologii, nie będąc tego świadom. Ród Konstantyna przeszedł na chrześcijaństwo ponieważ upatrywał w tym korzyści politycznych; zastosowano wtedy coś na kształt Teologii politycznej o czym już wspomniałem, Sol Invictus przestał być popularny i go podmieniono. W późniejszych epokach chrześcijańskie władze zawsze były skrajnie konserwatywne w kwestiach społecznych, dlatego też przez cały późny antyk oraz potem średniowiecze nie walczono zbyt szczególnie o zniesienia niewolnictwa, czy uwolnienie chłopów od pańszczyzny. To mono-bóg nadał ten porządek i prawa - łącznie z królami czyli jego pomazańcami. Ten obłęd szedł przez epoki. Piszę to wszystko ponieważ jest to prawdą oraz chcę dobitnie podkreślić, iż chrześcijaństwo chyba wcale nie zaakceptowało swojego pochodzenia – bo podjęto by się transformacji. Ostatni wielki historyk rzymski Ammianus Marcellinus pod koniec IV w. będący rzymskim tradycjonalistą, jak i z bliskością traktujący teologie neoplatońską w wydaniu Plotyna czy Jamblicha (który, zarówno jak wielu tradycjonalistów czasu schyłku Imperium, wierzył w jedno bóstwo niebiańskie numen caeleste - które w swojej wszechogarniającej potędze ogarniało losy człowieka i wszechświata) był dość zdystansowany do chrześcijan, jeśli ich krytykował to zazwyczaj w sposób obiektywny, ironie stosował w odniesieniu do czczenia grobów męczenników - lecz ich szanował, a nawet podziwiał, samą ową religię uważał za doskonała i prostą - absolutam et simplicem. Krytykował papieża Damazego i biskupów za rządze władzy i chciwość. Podzielił opinię cesarza Juliana, mówiącą, iż „(…) żadne dzikie zwierzęta nie są tak wrogie dla ludzi, jak zwykle wrodzy są nawzajem dla siebie chrześcijanie” co idealnie oddaje tło IV w. sporów. Ammianus patrzył ze smutkiem na kres wartości rzymskich, ale nie negował nowej idei, którą było chrześcijaństwo (tym różnił się od cesarza Juliana, który za wszelką cenę chciał powrotu tradycji rzymskiej). Według Ammianusa w sprawach religijnych trzeba zachować neutralność.

Sięgnijmy teraz głębiej do historii - znajdując trzon naszej europejskiej kultury. Zachodnia kultura wyłoniła się z myśli greckich filozofów. Grecy w epoce archaicznej z „bogami żyli", potem przyszli filozofowie i wtedy zaczęli „dążyć do życia z bogami” lub jak to stwierdził Bruno Snell „odkryli ducha” i narodził się (kilkaset lat później) nasz europejski sposób myślenia. W świecie greckim ludzie żyli tu i teraz, co dawało idealne możliwości do pracy u podstaw, dlatego wyłoniła się właśnie tam quasi-demokracja. Z greckiej filozofii wyłoniła się również nauka. Grecy odkryli historie oraz u nich pojawiło się coś takiego jak „świadomość historyczna", co do dziś jest kultywowane wszędzie, świadomość historyczna - nie oparta o listy władców i dynastii (co najwyżej o mit założycielski miast-państw). Była to czysta świadomość historyczna stawiająca w centrum człowieka i jego psyche, jak i dzieje. U Homera psyche to „dusza", ale tylko jako element ożywiający człowieka, psyche wiąże się z „oddychaniem", oznacza oddech życia i w tym sensie wychodzi przez usta (lub przez ranę) w Hadesie już znajduje się „cień", odbicie zmarłego. Psyche „jako takie", istnieje w człowieku tylko za życia. W przypadku Greków – świat ziemski był miejscem idealnym, pięknym - miejscem, w którym obcowali z przodkami i bogami na co dzień. Chrześcijaństwo jest religią objawioną – ludzie wierzą w świat alternatywny gdzieś w przyszłości – liczą na niebo, lub trafiają do czyścca i piekła – liczą, że są/staną się stanem stałym, kiedy to psyche - jest wieczną podróżą. Dodatkowo w Afryce nadal mamy głód, w zapchanych pociągach i komunikacji miejskiej Chin, tłoczą się setki tysięcy ludzi, niczym bio-roboty, a w Meksyku kartele strzelają do siebie nawzajem. Urodzenie determinują los – tak więc, czy to - urodzenie determinuje chrześcijańskie niebo/czyściec/piekło? Idąc tym tropem, obecne chrześcijaństwo jest religią kastową. Wynikałoby to z logiki; że żyjemy według chrześcijańskiej nauki w świecie władanym przez satrapę. Ortodoksja jest sprzeczna z logiką i naturą ludzką – jest czymś narzuconym – sztucznym – krępującym – zawsze kiedy wiodła długo prym, powoli kumulował się bunt, który w końcu wybuchał jako antagonizm obalający ortodoksję – czy to w systemie religijnym, społecznym czy ekonomicznym. Polski katolicyzm jest tak mocny, ponieważ jest „letni”. Mimo, iż inteligencja chrześcijańska, być może jest dobrze świadoma tych wszystkich faktów, to zwykłych ludzi utrzymuje w niewiedzy, powtarzając nadal liczne archaizmy.